środa, września 06, 2017

Szyję bo lubię

Jak to się zaczęło?

Maszynę do szycia wręczyła mi Mama z Tatą. Z tego co archiwum blogowe ukazuje był to styczeń 2011 roku, czyli wypada, że dostałam ją na Imieniny (taki ekstra prezent).  Mama, wyśmienita krawcowa, zrobiła bardzo krótkie wprowadzenie jak obsługiwać maszynę, jak zmienić igłę i nici, pokazała gdzie jest bębenek i stopka, no i jak działa ten pedał Jhihi
Pierwsze wytwory były raczej proste, uszyłam 3 serducha…tak, tak, zaszalałam. 
A później wzięłam się za dekoracje domu i tego co według mnie najprościej uszyć, czyli zasłony i obrusy.  Z czasem odkryłam też świat tildowych zabawek i powstały zające, anioły, odważyłam się też na pierwsze torby i poszewki na poduszki.
Sporą częścią szyciowych dzieł obdarowałam rodzinkę i przyjaciół. Sprawiało i sprawia mi to nadal dużą przyjemność. Narodziny rodzinnych maluchów zachęcały do wymyślania różnych mniej lub bardziej złożonych przytulaków i zabawek.

Zwolniłam trochę obroty jak mój brzuszek zaczął się powiększać, bo zwyczajnie ciężko było mi usiedzieć w jednej pozycji przez dłuższy czas. Gdy na świecie pojawiła się córcia, miejsce pracy zostało zdegradowane. Przeniosłam się do drugiego pokoju lecz maszyna w większości dni musiała być ukryta w tajemniczym miejscu co by ta energiczna mała istotka nie dostała się do nici i igieł. Zasięg więc  do niej był ograniczony. Z czasem jakoś po kryjomu coś udawało mi się ciąć i zszywać.  Przy drugiej istotce udało mi się znaleźć drugą kryjówkę z szybszym zasięgiem do wyjmowania sprzętu. Więc mimo ogólnego braku czasu jakoś udaje mi się czasem podczas drzemki synka wygospodarować 5 minut na zszycie.
W większości przypadków wycinam wieczorami a szyję za dnia. 

i tak sobie myślę…szkoda, że maszyna nie ma funkcji usypiania pociech…wielka szkoda.

A oto moje skromne miejsce - wiem nic specjalnego, zwykły stół i krzesło, które ukryło się za maszyną.


Koniecznie gdzieś w pobliżu musi być coś do picia ... ale już niekoniecznie na stole, bo wiadomo jak to się może skończyć. 
---
Pytanie. Czy coś ostatnimi czasy uszyłam?  
Tak, dziś nawet pokażę kilka maleńkich wytworów, które podarowałam bliskim.

Wytwór  1
Dla przyjaciółki córci – piórnikJ



Jak ten czas leci, jeszcze nie dawno pamiętam jak szyłam dla niej podusię z sowami a teraz panienka ma już ponad 12 lat i sowy jej już raczej nie w głowie.

Wytwór 2
dla mojego chrześniaka przedszkolaka. Wiadomo, worek może się przydać na skarpetki lub inne rzeczy pozostawiane w tym miejscu. 
Poducha do zasypiania – może być przydatna do leniuchowania.


Wytwór 3
Kosmetyczki dla mam –  były symbolicznym upominkiem za pomoc w opiece nad wnuczką i w opiece nad maleństwem w pierwszych dniach po powrocie ze szpitala.


To obok – tak, to Nasza nalewka, też podarowana – w końcu Babcie musiały się jakoś później odstresować.

Wytwór 4
Bieżniki i serwetki dla siostrzyczki. 
Gdy siostra kupiła nowy stolik kawowy pomyślałam, że może się jej przydać. Za oknem klimat był wakacyjny a ten wzór jakoś pasował mi do jej wnętrza mieszkanka.


Wytwór 5
Czapencja i komin – na pierwsze chłodne dni – dla mojego chrześniaka. 
Jak widać pogoda za oknem nie rozpieszcza, więc może zostaną nawet i szybko spożytkowane.


Czy się cieszę? Tak, cieszę się gdy komuś mogę coś od siebie podarować i w większości przypadków odbywa się to niespodziankowo, bo póki co nie zawsze jestem w stanie coś do końca obiecać czy zaplanować. A cieszę się tym bardziej jeśli widzę, że się spodobało lub jest używane:)
---
Pomyślicie: Ale z niej matka, czy naprawdę nic dla swoich dzieci nie uszyła?
Szyłam i owszem nawet trochę się tego uzbierało, w następnym poście postaram się je ogarnąć.
A to mała zapowiedź


Dzięki wielkie Karmelowej, za to, że namówiła mnie na założenie konta na IG. Gdybym tego nie uczyniła to prawdopodobnie nie miałabym teraz żadnych zdjęć a tak miałam motywację i do tego. 
Niestety jakiś czas temu narozrabiałam, bo z rąk wypadł mi dysk zewnętrzny a na nim zgrane były wszystkie zdjęcia, również i te, które robiłam z myślą o blogu, postach i diy. No cóż, pośpiech nie jest dobry, to wiem już od dawna, ale bardzo mi szkoda zdjęć rodzinnych, których nie zdążyłam jeszcze wywołać. 
Cały czas mam nadzieją, że uda się je jednak odzyskać i uzupełnić albumy.

Dziękuję, że do mnie zaglądacie i że nie zapomnieliście o mnie, to miłe.
Zapraszam na kolejny post, wstępnie zamyślany na przyszłą środęJ

Pozdrawiam cieplutko

Agea

ps. koniecznie zajrzyjcie też do Asi z Addicted to crafts bo dziś też będzie nowy post i u Niej

5 komentarzy:

  1. Obecnie jako tykająca bomba szukam sobie zajęć :) Zainspirowałaś mnie do napisania postu na blogu :) Cieszę się, że wracasz na dobre. A faktycznie instagramowe zdjęcia bardzo się przydają. Zabawa z lustrzanką, a następnie obróbka jest bardziej czasochłonna :) Pozdtawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie dobrze Aniu, zobaczysz, cyk, pyk, plum i już malutka będzie na twoich rączkach:)
      Zabawa lustrzanką rzeczywiście jest przyjemna, choć teraz widzę, że przydałby się bardzo obiektyw ze stabilizacją obrazu...no za nic nie zrobisz zdjęcia jak dziecię wisi Ci na nodze...hehe

      Usuń
  2. jestem pod wrażeniem umiejętności jeśli tak późno zaczęłaś. Napisz gdzie zamawiasz tkaniny, bo zawsze jakieś fajne masz. A treść posta mogłabym do siebie na bloga przekleić, w sensie ustępowania warsztatu bobasom. Maszynę mam w komodzie skitraną:) i zawstydziłaś mnie tymi prezentami dla Rodziców. Boże człowiek to się nie umie zachować jednak, a wypadałoby...ehh ehh :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj Asiu, daj spokój, jakie umiejętności...stoję bardzo proste ciecia i przeszycia:) Od takich prezentów to szoku można dostać...i szyć, szyć, szyć:)

      Usuń
  3. Wygląda, że czasu masz jakby nieco więcej :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa...

Copyright © 2016 Agea Happiness-Moje Pasje , Blogger