środa, września 13, 2017

Odziać, przytulić, wspominać

Szyję bo lubię, tak nazwałam wcześniejszy post. Ten dzisiejszy również mógłby mieć podobną nazwę. Przez ten rok, co to byłam nieobecna w blogowej strefie a w brzuszku kręcił się mały osobnik szyłam coś dla córci i oczywiście dla niego. Jak tylko udawało mi się znaleźć chwilę cięłam i zszywałam. I choć miałam w planach post dekoracyjny, to jednak dziś będzie post typowo dziewczęcy. Czyli o tym co uszyłam dla mojej małej agentki.

Po pierwsze. Pan Kot.
Mamy co prawda prawdziwego, kudłatego i ogoniastego ale do tarmoszenia to On raczej nie chętny. Tego można nosić, wozić i zawsze jest na TAK. Ale tamten jest prawdziwy, miauczy, mruczy i lubi się bawić.
Oba razem stanowią ideał. Ale ten jest typowym kotem przytulakiem, który powstał ze swetra mamy i nawet dynda mu dzwonek...haha


Po drugie. Album.
Mamy różne albumy na zdjęcia, w większości jeszcze nie uzupełnione z powodu braku czasu ale też i tego, że niestety są na tym nieszczęsnym popsutym dysku zewnętrznym o którym wcześniej pisałam.
Ten albumik miał być podręczny. Co to oznacza. Miały być w nim zdjęcia Nas, naszej najbliżej rodzinki: babcie, dziadkowie, ciocie, wujkowie, dzieciaczki.....i zwierzaki.
Album miał swój cel: nauczyć się wszystkich imion. Niestety mieszkamy sami, do wszystkich dosyć daleko a to oznacza, że nie widzimy się na co dzień (no chyba, że na skajpeju), a to z kolei oznacza, że ciężko jest malutkiej istotce kojarzyć i pamiętać...teraz gdy jest już starsza pamięta o wiele więcej ale do albumiku i tak zaglądamy bo zdjęcia zawsze wywołują uśmiech.


Po trzecie. Fartuszek do roboty.
Kuchnia to miejsce, które córcia bardzo lubi. Od maleńkości ciekawił ją ekspres do kawy, mikser czy sokowirówka. I tak jest nadal więc moja mała pomoc kuchenna doczekała się więc fartuszka. Zapytacie: Czy ta Panienka naprawdę mi pomaga? A i owszem, pomaga mi robić bałagan.
W kuchni spędzam sporo czasu, bo zwyczajnie lubię, a taka pomoc z doświadczeniem za kilka lat może być zbawienna, dlatego zachęcam jak mogę.


Po czwarte. Torba z zającem.
Zakupy same się nie zrobią, a jakoś trzeba się do nich przygotować. Kobieta musi mieć torbę. Na ramię, nie za dużą, nie za małą, taką co to pomieści dwa ludziki lego, auto i pomadkę.
I pewnie takich toreb kobieta powinna mieć więcej..więc pewnie na jednej nie poprzestaniemy.


Po piąte. Komin dla ciepłości.
Zeszłoroczna jesień i zima nie rozpieszczała. Komin bardzo się Nam przydał. 
Dwukolorowy, dwustronny, łatwy do zakładania i zdejmowania, mięciutki, cieplutki...
a właśnie...zbliża się jesień i trzeba pomyśleć o nowym, troszeczkę już większym. Może w końcu mama (czyli JA) ogarnie się i dokończy komin na szydełku, który zaczęła prawie rok temu. Chyba zacznę już sobie kibicować, bo pogoda za oknem z dnia na dzień robi się jesienna.


Po szóste. Torba a'la worek.
Panienka chodzi do żłobka. Choć był taki czas, na samym początku, że więcej jej tam nie było niż była. Niestety nad odpornością trzeba trochę popracować zanim się ją nabierze. W każdym razie trochę ten straszny czas chorób wszelakich mamy za sobą, teraz są to epizody ale i tak pracujemy, żeby być jak najmniej chorym. 
Oto torba a'la worek na rzeczy podręczne i przemienne. 
Duża to ona nie jest ale pomieści to co potrzeba. No i jest w groszki.


Po siódme. Segregator na arcydzieła.
Czyli miejsce gromadzenia wspomnień artystycznych. Pierwsze kreski, kropki, plamki, pierwsze pociągnięcia pędzlem. Tu spinamy i zbieramy prace plastyczne. Ku pamięci. Ku radości...twórczości swobodnej.


I coś jeszcze. Odkąd córuś ma swoje łóżko...duże łóżko...potrzebuje dużo poduch, poduszek, poduszkowców. To chyba najczęściej szyta przeze mnie rzecz. Te oto poniżej szyłam z myślą przeniesienia letniego klimatu do domu.
Materiały musiały się najpierw uleżeć...odczekały rok i zostały zauważone oraz spożytkowane.

*A nad tzw. być w czas, być o czasie to muszę jeszcze trochę popracować. Mówią, że im więcej ma się dzieci tym bardziej jest się zorganizowanym i ogarniętym...oby tak było.


O, a cały następny post będzie własnie o pokoiku milusińskich.
Siostra i brat w jednym spali pokoju....uuu
Jedno jest raczej pewne...kiedyś powinni mieć swoje oddzielne pokoje, bo rosną Nam dwa małe agenciki, co to lubią szalone zabawy i mogą wspólnie coś w nocy zmontować.

Zapraszam na następny post już w najbliższą środę.
Agea

Ps. pamiętajcie u Asi  (Addicted to crafts blog) też będzie dziś coś do poczytania

9 komentarzy:

  1. piękne rzeczy uszyłaś - a moja maszyna stoi nie tknięta ... jakoś się jej boję :-)

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję:) a ta maszyna wcale nie taka straszna...można się z nią nawet zaprzyjaźnić:)

      Usuń
  2. Podziwiam, ze sami sobie radzicie!Fartuszek jest przeuroczy. Super pomysł z albumem. Ja myślę o zeszyciku na pierwsze słowa, zdania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, pewnie życie byłoby trochę łatwiejsze gdybyśmy mieszkali gdzieś bliżej Rodzinki. Aha, nie myśl o tym zeszyciku, tylko go szybko zakładaj, my już mamy...będzie się z czego pośmiać za kilka lat. Dziś wpisałam takie oto zdanie.
      Pytam się młodej: Zrobić Ci kawę? (chodziło mi o kawę zbożową i zapytałam o to pierwszy raz)
      Odpowiedź: Dzieci kawy nie piją. Kawę pije ciocia. (domyślam się, że chodziło o ciocię ze żłobka)...taka mądralińska.

      Usuń
  3. Śliczne rzeczy, bardzo miło tworzyć coś dla swoich skarbów :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ Jesteś robotna! Tylko pozazdrościć... przy Twoim zaangażowaniu czuję się jak leniwiec :)
    To i ja dołączam się do kibicowania odnośnie komina. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa...

Copyright © 2016 Agea Happiness-Moje Pasje , Blogger