środa, września 27, 2017

Gdzieś pomiędzy latem a jesienią - pokoik dzieci

Gdzieś pomiędzy latem a jesienią - pokoik dzieci

No proszę, mamy już jesień.
Stwierdzam: przy dzieciach czas płynie zdecydowanie szybciej. To lato przemknęło wyjątkowo śpiesznie i to na pewno z powodu moich dwóch szalonych milusińskich.  Wydawać by się mogło, że jestem w domu i ''nic nie robię'' oprócz zajmowania się oczywiście dzieciaczkami albo może w zasadzie i robię tylko ciągle też to samo: pranie, gotowanie, zakupy, sprzątanie.
Więc mam/powinnam mieć bardzo dużo czasu, no przecież te czynności robi się cały czas, więc i wprawę się w nim nabiera.(HAHAHA) 

Razem Nam się na pewno nie nudzi…potrafię wynaleźć też sobie kilka dodatkowych zajęć podczas krótkich drzemek (nie moich). Tak jak pisałam w ostatnim poście chciałam aby pokoik i nasze mieszkanko miało jak najwięcej rzeczy zrobionych własnymi rękoma i pewnie dlatego, że lubię zmiany i lubię też szyć to właśnie w tych przerywnikach pomiędzy zabawą, jedzeniem i usypianiem zasiadam i próbuję zrobić coś z niczego.
Pokoik dzieci jest bardzo wdzięczy jeśli chodzi o zmiany. Próbuję bawić się kolorami ale ciągle jeszcze czuję, że coś jest niedokończone.
Jak to w pokoju dzieci nie tylko zabawki muszą być funkcjonalne...tak, żeby tylko coś stało, bo ma stać raczej nie ma szansy. Większość rzeczy jest w ciągłym użyciu, więc musi dzielnie znosić podrzucanie, przesuwanie, miętoszenie...i upadanie. Z dużą większością zabawek mała chce zasypiać....i tak na przykład oprócz Nas, kiciusia, książek na łóżku ląduje jeszcze koń, kasztany, zwierzaki, auta i przytulanki. Po zaśnięciu wszystko oczywiście jest odkładane...ale ta scena, gdzie nie można się ruszyć bywa dosyć zabawna...bo jednak jakoś trzeba po cichu wstać.

Co u Nas
Aktualnie pokój jest w klimacie gdzieś pomiędzy latem a jesienią.
Z tygodnia na tydzień pewnie (jeśli czas się znajdzie) będzie się coś zmieniać.
Ale kasztanów, liści i szyszek nie mogło już Nam zabraknąć.


I tak...korale koloru kolorowego miałam potraktować na początku jako girlandę, ale moje dziecię tak je sobie upodobało, że stwierdziłam iż jeszcze sobie powiszą, jak na korale przystało. Półeczka, jest tą samą półeczką co w ostatnim poście tylko zmieniłam jej kartonowe tło i lokatora. 
Tamborek wypełniłam kawałkiem wydzierganego komina i ususzonymi liśćmi.
(hmm...nie wiem co mi kiedyś przyszło do głowy, żeby zrobić pierwszy szalo-komin w takim kolorze - chyba nie wierzyłam, że kiedykolwiek go dokończę). A, że tak skończy wisząc kawałkiem na ścianie to już na pewno nie.
---
Będąc jeszcze w klimacie letnim stworzyłam rameczki..."Jesteśmi indianami"


a później dorobiłam jeszcze girlandę i zaplotłam nawet warkocze!!!


i tak zawisły te rękodzieła później  na ścianach


A co to? - zapytacie.


Moja mała panienka lubi auta...nie żartuję. Tą pasją zaraził ją mój chrześniak.
Pomyślałam, że skoro już są, to trzeba by je jakoś przechowywać i pewnego dnia dorwałam tekturę, nożyczki, materiały, korale, sznur i powstała półka nieidealna.


Półka po kilku tygodniach zmieniła jednak swoje przeznaczenie i zamieszkały na niej zwierzaki i ludziki z jajek niespodzianek oraz lidlowe smerfy.


i chyba za niedługo półeczka będzie potrzebowała wzmocnień.
Na pewno z innego tworzywa byłaby bardziej wytrzymała ale ta tektura i tak była odporna na codzienne zabawy.

Spytacie, a gdzie są te auta...
jest pewna nowość w pokoiku
babcia Ania lubi polować (spokojnie, lubi polować na pchlim targu) i upolowała dla Nas tą o to półkę,
 i żeby tylko...
babcia Ania ją Nam nawet pomalowała i przywiozła. 
A My tą półkę tak sobie zagospodarowaliśmy.


babcia Ania upolowała jeszcze świecący globus...taki ogromniasty i jeszcze kręcący się...


Nad globusem dynda girlanda, która ma swoją osobistą nazwę "Girlanda Maja", nie wiedzieć czemu ale córcia kojarzy ją z pszczółką Mają...hmm, może to przez te skrzydełka.
W sierpniu nad łóżeczkiem zawisł też latawiec, zrobiony z dwóch patyków, kawałka materiału i sznurka


oprócz latawca uszyłam jeszcze proporczyk i doczepiłam literkowy napis "HAPPY".
W pierwszej wersji pomysłu, napis miał być z materiału i miał być przyszyty w całości...jednak stwierdziłam, że przy moich niespokojnych rączkach pewnie za jakiś czas coś zmienię, więc jest kartonowy i lekko doszyty. 
ooo, i to chyba jedyna rzecz z tej ściany, która nie jest ściągana lub macana...hehe.


Co do latawca...Aktualnie latawiec już odfrunął, bo wiadomo, za oknem bywało w niektóre w dni dosyć wietrznie.




ooo, taki Nasz deko miszmasz...aż strach pomyśleć co będzie gdy nastanie zima...brr
Póki co rzeczy, które zdejmuję ze ścian i szafek, chowam do pudła i przechowuję na inny dobry/odpowiedni moment. 


A jak tam to u Was bywa, trzymacie te swoje różności, sprzedajecie, oddajecie chętnym, przerabiacie...?

O, to tyle o pokoiku milusinskich, przez jakiś czas nie będę już Wam spamowała dekoracjami...
nie znaczy, że nie będzie się nic działo.
Kolejne posty będą raczej edukacyjne...uuuuu
będzie troszkę o zabawkach, książeczkach i czasie z moimi urwisami:)

Ach i koniecznie zajrzycie do Asi i zobaczcie jak ładnie dyndają u niej kwiatki. 

Pozdrawiam i zapraszam za tydzień w środę.

Agea

PS. Powiem Wam tak skrycie, że bardzo chciałabym mieć taki dzień na nic nie robienie (choć w zasadzie to nie wiem też czy tak potrafię nic nie robić). 
Ale taki dzień dla siebie…no wiecie wstaję wyspana(haha), ktoś mi robi pyszne śniadanko, obiad, spacer po plaży, może jakieś małe SPA, kolacja...?  
O tak, już to widzę…i może nawet za 18 lat się uda to spełnić.

środa, września 20, 2017

Wiosna w pokoju milusińskich

Wiosna w pokoju milusińskich
Siostra i brat w jednym spali pokoju.
Siostra po prawej a brat po lewej.
Każde z nich kącik swój mały miało i każde z nich mamę do szycia namawiało.
No wiem…Fredro to Ja nie jestem.

W każdym razie…post dzisiejszy o pokoiku młodych moich będzie. Pan Iwcio zamieszkał w nim na wiosnę a Panienka Leucia już znacznie wcześniej. Pogodzić  trzeba było pierwiastek dziewczęcy z chłopięcym.  Uwijałam się więc z brzuszkiem jak mogłam, bo chciałam zdążyć  jeszcze przed rozwiązaniem. Wiedziałam, że jak nie zrobię tego "przed" to "po" raczej nie będzie szans a przynajmniej nie wiadomo kiedy.

Plan był taki…pokoik póki co musi być wspólny, 2 łóżeczka, miejsce na ubranka, miejsce na zabawki…jasno, przytulnie, miło…

Kolory…. Postawiłam na pastelowy róż, szarości i niebieskości
Realizacja…kolory ścian pozostały bez zmian, są i będą białe (chyba zawsze)
kolory mebli pozostają bez zmian, są i będą białe 
jedynie wielka szafa wnękowa pozostała do przemalowania…była niebieska teraz jest już biała

wykładzina…o matko, najgorsza decyzja remontowa jaka została podjęta 8 lat temu. Wcześniejsi właściciele mieszkanka również mieli wykładzinę i jakoś tak wyszło, że Nam też się jej zachciało (o zgrozo). Jakikolwiek kolor by nie miała było by źle, jakiekolwiek włosie by miała raczej też by było źle.
Być może po części winien jest kiciuś, który lubi robić w niej dziury wyjmując grube sploty ale też odnotowaliśmy przypadki zrzucenia przez niego doniczek z kwiatami no i były też fakty rozlania przez Nas kawy, herbaty…niestety nawet profesjonalne firmy piorące niebyły w stanie zdziałać cudów. Hmm, może następni właściciele będą bardziej rozważni.
Ale nie o wykładzinie miał być to post…choć powiem Wam, że nie poleciłabym wykładziny za nic.

Dodatki…
Chciałam zrobić od siebie jak najwięcej, uszyć, wyszydełkować, zrobić plakaty…  Marzył mi się pokoik zrobiony handmade, taki gdzie większość rzeczy jest zrobwykonana prze ze mnie tzn. uszyta, odnowiona, pomalowana.

I wyszło Nam coś takiego


Siostra przekazała swoje łóżeczko braciszkowi (bo trzeba się dzielić) a w zamian dostała…trochę większe (zamiana opłacalna).

Jest sporych rozmiarów, ale sprawdza się doskonale do usypiania i do czytania bajek. Przydaje się też  w chorobie, kiedy trzeba być czujnym (można skorzystać z dolnej wysuwanej części).
Jednak takie łoże wymaga wygodnych poduch do podparcia…uszyłam więc kilka poszewek. 
Pewnie kiedyś sprawdzą się w poduszkowej bitwie.

Półeczkę domek odkupiłam kiedyś u Moniki z zmiloscidostaroci, bardzo mnie zauroczyła ale była w kolorze ciemnego drzewa i jakoś nie grało mi to z resztą zamierzenia, więc ją odmalowałam. Półeczkę z szydełkową kropelką zrobiłam sama z drewnianego pudełeczka, w którym były sprzedane Biedronkowe akcesoria do SPA. 
Łapacz snów podarowała Nam przyjaciółka.


Półeczka ze zwierzyńcem została zdobyta na Pchlim targu, później odmyta i odmalowana…cały ten zwierzyniec to również zdobycz za grosze. Podobnie z resztą jak szafeczka na książki, drewniane pudła i kołyska.
Takie polowania to Ja lubię...oczywiście nie wszystko za jednym razem...w końcu trzeba dawkować przyjemności.


Na małej szafeczce zamieszkały też szydełkowe twory: Misiek, Pani Świnka i Lisek, zrobiła je dla Nas przemiła Karmelowa. Był jeszcze Pan Kiciuś, ale akurat towarzyszył córci w żłobku.

Na większej szafeczce zamieszkały Misie, jeden z nich jest tak stary jak Ja (hihi). Mamy tu też moje notesy, podręczne albumy i przerobioną lampkę Ikea, którą kiciuś uwielbia przetrącać wskakując na szafę, która u góry wypełniona jest mięciutkimi segregatorami (pieca w domu nie mamy ale to miejsce chyba mu go zastępuje).


Oczywiście długo nie wytrzymywałam i co jakiś czas coś przestawiałam. 
W pewnym momencie miś nawet przeszedł operację łapki, bo mu podczas zabawy odpadła (bidulek).


Do usypiania, do otulania uszyłam dla milusińskich po kocyku i podusi

 


Kącik malutkiego można by rzec rozgwieżdżony...tak mi to jakoś do niego pasowało. Uszyłam zasłonę do łóżeczka, okrycie na otulacz z Ikei i girlandę. 
Ciutkę nawet udało mi się złapać do rąk szydełko i zrobiłam zawieszkę z pomponami.


A ponieważ drukarka się popsuła i punkt drukowania był dosyć daleko, sama zmalowałam coś do ramek, oczywiście zainspirowałam się Internetem bo jakoś w tej kwestii nic mi do głowy samo wtedy nie przyszło.


Nasz kącik zabawkowy...malutki, bo malutki, ale prawda jest taka, że w większości przypadków zabawki lądują w naszym większym pokoju...czasem i w przedpokoju, kuchni i balkonie również.


Skrzynie...ojoj...ile musiały się naczekać na kółka...według męża takie sprawy muszą się odpowiednio długo uleżeć...brrr
Zamysł był taki, że skoro zabawa często przenosi się w inne miejsce to może łatwiej będzie taką skrzynię przetransportować; tam się rozłożyć i zebrać się z całością z powrotem.

Ściana po lewej, czyli rameczki i zawieszki...


i obowiązkowo kącik fana Star Wars...(ale o tym napiszę jeszcze w innym poście)


Uszyłam też firaneczki z pomponami, ale zdjęcia po całości nie zrobiłam...
(hmm, jak widać wybrałam wtedy idealną pogodę na zrobienie zdjęcia)


no a później znowu przemieniłam firaneczko-zasłoneczki na inne...bo lubię coś zmieniać


tak na wiosnę wyglądał kącik przy oknie...
Pana Konika biegunowego upolowała babcia Ania na Pchlim targu...ja odmalowałam i długo Nam służył...teraz chwilowo odpoczywa.
Domek zmontowałam z dużego pudła, użyłam do jego ozdobienia okleinę meblową (dzięki Agafiart za inspirację) ale też i gazety, styropian...i wiecie co, on nadal mimo zabawy trzyma się dobrze:)

Ach, nad Nami dyndała jeszcze szydełkowa girlanda, którą dzielnie nawlekałam z dużym już wtedy brzuszkiem 
(o matko jak ten zawodnik w środku mnie wtedy kopał)


O i to taka cała prawda o pokoiku...mam nadzieję, że za bardzo Was nie zanudziłam. 
Wiem, to tylko pokoik i to tylko przedmioty, ale bardzo lubię to miejsce...jest takie Nasze:)

Za tydzień napiszę jeszcze o pokoiku w wersji późno-letniej i wczesno-jesiennej....nie wytrzymałam i znowu coś tam troszkę pozmieniałam.

pozdrawiam z kubkiem gorącej herbatki, z miodem, cytryną i imbirem

Agea

ps. ciekawe co tam Asieńska znowu u siebie wymyśli...hihi

środa, września 13, 2017

Odziać, przytulić, wspominać

Odziać, przytulić, wspominać
Szyję bo lubię, tak nazwałam wcześniejszy post. Ten dzisiejszy również mógłby mieć podobną nazwę. Przez ten rok, co to byłam nieobecna w blogowej strefie a w brzuszku kręcił się mały osobnik szyłam coś dla córci i oczywiście dla niego. Jak tylko udawało mi się znaleźć chwilę cięłam i zszywałam. I choć miałam w planach post dekoracyjny, to jednak dziś będzie post typowo dziewczęcy. Czyli o tym co uszyłam dla mojej małej agentki.

Po pierwsze. Pan Kot.
Mamy co prawda prawdziwego, kudłatego i ogoniastego ale do tarmoszenia to On raczej nie chętny. Tego można nosić, wozić i zawsze jest na TAK. Ale tamten jest prawdziwy, miauczy, mruczy i lubi się bawić.
Oba razem stanowią ideał. Ale ten jest typowym kotem przytulakiem, który powstał ze swetra mamy i nawet dynda mu dzwonek...haha


Po drugie. Album.
Mamy różne albumy na zdjęcia, w większości jeszcze nie uzupełnione z powodu braku czasu ale też i tego, że niestety są na tym nieszczęsnym popsutym dysku zewnętrznym o którym wcześniej pisałam.
Ten albumik miał być podręczny. Co to oznacza. Miały być w nim zdjęcia Nas, naszej najbliżej rodzinki: babcie, dziadkowie, ciocie, wujkowie, dzieciaczki.....i zwierzaki.
Album miał swój cel: nauczyć się wszystkich imion. Niestety mieszkamy sami, do wszystkich dosyć daleko a to oznacza, że nie widzimy się na co dzień (no chyba, że na skajpeju), a to z kolei oznacza, że ciężko jest malutkiej istotce kojarzyć i pamiętać...teraz gdy jest już starsza pamięta o wiele więcej ale do albumiku i tak zaglądamy bo zdjęcia zawsze wywołują uśmiech.


Po trzecie. Fartuszek do roboty.
Kuchnia to miejsce, które córcia bardzo lubi. Od maleńkości ciekawił ją ekspres do kawy, mikser czy sokowirówka. I tak jest nadal więc moja mała pomoc kuchenna doczekała się więc fartuszka. Zapytacie: Czy ta Panienka naprawdę mi pomaga? A i owszem, pomaga mi robić bałagan.
W kuchni spędzam sporo czasu, bo zwyczajnie lubię, a taka pomoc z doświadczeniem za kilka lat może być zbawienna, dlatego zachęcam jak mogę.


Po czwarte. Torba z zającem.
Zakupy same się nie zrobią, a jakoś trzeba się do nich przygotować. Kobieta musi mieć torbę. Na ramię, nie za dużą, nie za małą, taką co to pomieści dwa ludziki lego, auto i pomadkę.
I pewnie takich toreb kobieta powinna mieć więcej..więc pewnie na jednej nie poprzestaniemy.


Po piąte. Komin dla ciepłości.
Zeszłoroczna jesień i zima nie rozpieszczała. Komin bardzo się Nam przydał. 
Dwukolorowy, dwustronny, łatwy do zakładania i zdejmowania, mięciutki, cieplutki...
a właśnie...zbliża się jesień i trzeba pomyśleć o nowym, troszeczkę już większym. Może w końcu mama (czyli JA) ogarnie się i dokończy komin na szydełku, który zaczęła prawie rok temu. Chyba zacznę już sobie kibicować, bo pogoda za oknem z dnia na dzień robi się jesienna.


Po szóste. Torba a'la worek.
Panienka chodzi do żłobka. Choć był taki czas, na samym początku, że więcej jej tam nie było niż była. Niestety nad odpornością trzeba trochę popracować zanim się ją nabierze. W każdym razie trochę ten straszny czas chorób wszelakich mamy za sobą, teraz są to epizody ale i tak pracujemy, żeby być jak najmniej chorym. 
Oto torba a'la worek na rzeczy podręczne i przemienne. 
Duża to ona nie jest ale pomieści to co potrzeba. No i jest w groszki.


Po siódme. Segregator na arcydzieła.
Czyli miejsce gromadzenia wspomnień artystycznych. Pierwsze kreski, kropki, plamki, pierwsze pociągnięcia pędzlem. Tu spinamy i zbieramy prace plastyczne. Ku pamięci. Ku radości...twórczości swobodnej.


I coś jeszcze. Odkąd córuś ma swoje łóżko...duże łóżko...potrzebuje dużo poduch, poduszek, poduszkowców. To chyba najczęściej szyta przeze mnie rzecz. Te oto poniżej szyłam z myślą przeniesienia letniego klimatu do domu.
Materiały musiały się najpierw uleżeć...odczekały rok i zostały zauważone oraz spożytkowane.

*A nad tzw. być w czas, być o czasie to muszę jeszcze trochę popracować. Mówią, że im więcej ma się dzieci tym bardziej jest się zorganizowanym i ogarniętym...oby tak było.


O, a cały następny post będzie własnie o pokoiku milusińskich.
Siostra i brat w jednym spali pokoju....uuu
Jedno jest raczej pewne...kiedyś powinni mieć swoje oddzielne pokoje, bo rosną Nam dwa małe agenciki, co to lubią szalone zabawy i mogą wspólnie coś w nocy zmontować.

Zapraszam na następny post już w najbliższą środę.
Agea

Ps. pamiętajcie u Asi  (Addicted to crafts blog) też będzie dziś coś do poczytania

środa, września 06, 2017

Szyję bo lubię

Szyję bo lubię
Jak to się zaczęło?

Maszynę do szycia wręczyła mi Mama z Tatą. Z tego co archiwum blogowe ukazuje był to styczeń 2011 roku, czyli wypada, że dostałam ją na Imieniny (taki ekstra prezent).  Mama, wyśmienita krawcowa, zrobiła bardzo krótkie wprowadzenie jak obsługiwać maszynę, jak zmienić igłę i nici, pokazała gdzie jest bębenek i stopka, no i jak działa ten pedał Jhihi
Pierwsze wytwory były raczej proste, uszyłam 3 serducha…tak, tak, zaszalałam. 
A później wzięłam się za dekoracje domu i tego co według mnie najprościej uszyć, czyli zasłony i obrusy.  Z czasem odkryłam też świat tildowych zabawek i powstały zające, anioły, odważyłam się też na pierwsze torby i poszewki na poduszki.
Sporą częścią szyciowych dzieł obdarowałam rodzinkę i przyjaciół. Sprawiało i sprawia mi to nadal dużą przyjemność. Narodziny rodzinnych maluchów zachęcały do wymyślania różnych mniej lub bardziej złożonych przytulaków i zabawek.

Zwolniłam trochę obroty jak mój brzuszek zaczął się powiększać, bo zwyczajnie ciężko było mi usiedzieć w jednej pozycji przez dłuższy czas. Gdy na świecie pojawiła się córcia, miejsce pracy zostało zdegradowane. Przeniosłam się do drugiego pokoju lecz maszyna w większości dni musiała być ukryta w tajemniczym miejscu co by ta energiczna mała istotka nie dostała się do nici i igieł. Zasięg więc  do niej był ograniczony. Z czasem jakoś po kryjomu coś udawało mi się ciąć i zszywać.  Przy drugiej istotce udało mi się znaleźć drugą kryjówkę z szybszym zasięgiem do wyjmowania sprzętu. Więc mimo ogólnego braku czasu jakoś udaje mi się czasem podczas drzemki synka wygospodarować 5 minut na zszycie.
W większości przypadków wycinam wieczorami a szyję za dnia. 

i tak sobie myślę…szkoda, że maszyna nie ma funkcji usypiania pociech…wielka szkoda.

A oto moje skromne miejsce - wiem nic specjalnego, zwykły stół i krzesło, które ukryło się za maszyną.


Koniecznie gdzieś w pobliżu musi być coś do picia ... ale już niekoniecznie na stole, bo wiadomo jak to się może skończyć. 
---
Pytanie. Czy coś ostatnimi czasy uszyłam?  
Tak, dziś nawet pokażę kilka maleńkich wytworów, które podarowałam bliskim.

Wytwór  1
Dla przyjaciółki córci – piórnikJ



Jak ten czas leci, jeszcze nie dawno pamiętam jak szyłam dla niej podusię z sowami a teraz panienka ma już ponad 12 lat i sowy jej już raczej nie w głowie.

Wytwór 2
dla mojego chrześniaka przedszkolaka. Wiadomo, worek może się przydać na skarpetki lub inne rzeczy pozostawiane w tym miejscu. 
Poducha do zasypiania – może być przydatna do leniuchowania.


Wytwór 3
Kosmetyczki dla mam –  były symbolicznym upominkiem za pomoc w opiece nad wnuczką i w opiece nad maleństwem w pierwszych dniach po powrocie ze szpitala.


To obok – tak, to Nasza nalewka, też podarowana – w końcu Babcie musiały się jakoś później odstresować.

Wytwór 4
Bieżniki i serwetki dla siostrzyczki. 
Gdy siostra kupiła nowy stolik kawowy pomyślałam, że może się jej przydać. Za oknem klimat był wakacyjny a ten wzór jakoś pasował mi do jej wnętrza mieszkanka.


Wytwór 5
Czapencja i komin – na pierwsze chłodne dni – dla mojego chrześniaka. 
Jak widać pogoda za oknem nie rozpieszcza, więc może zostaną nawet i szybko spożytkowane.


Czy się cieszę? Tak, cieszę się gdy komuś mogę coś od siebie podarować i w większości przypadków odbywa się to niespodziankowo, bo póki co nie zawsze jestem w stanie coś do końca obiecać czy zaplanować. A cieszę się tym bardziej jeśli widzę, że się spodobało lub jest używane:)
---
Pomyślicie: Ale z niej matka, czy naprawdę nic dla swoich dzieci nie uszyła?
Szyłam i owszem nawet trochę się tego uzbierało, w następnym poście postaram się je ogarnąć.
A to mała zapowiedź


Dzięki wielkie Karmelowej, za to, że namówiła mnie na założenie konta na IG. Gdybym tego nie uczyniła to prawdopodobnie nie miałabym teraz żadnych zdjęć a tak miałam motywację i do tego. 
Niestety jakiś czas temu narozrabiałam, bo z rąk wypadł mi dysk zewnętrzny a na nim zgrane były wszystkie zdjęcia, również i te, które robiłam z myślą o blogu, postach i diy. No cóż, pośpiech nie jest dobry, to wiem już od dawna, ale bardzo mi szkoda zdjęć rodzinnych, których nie zdążyłam jeszcze wywołać. 
Cały czas mam nadzieją, że uda się je jednak odzyskać i uzupełnić albumy.

Dziękuję, że do mnie zaglądacie i że nie zapomnieliście o mnie, to miłe.
Zapraszam na kolejny post, wstępnie zamyślany na przyszłą środęJ

Pozdrawiam cieplutko

Agea

ps. koniecznie zajrzyjcie też do Asi z Addicted to crafts bo dziś też będzie nowy post i u Niej

piątek, września 01, 2017

Come back…wracam, jestem, jesteśmy

Come back…wracam, jestem, jesteśmy
Puk, puk, jest tam ktoś? – zapytam skromnie.  
Zbierałam się, zbierałam aż w końcu „nadejszła wiekopomna chwila” i oto dziś symbolicznie opublikuję pierwszy post po tak długiej przerwie. Przerwa spora, bo prawie roczna, wstyd, wstyd, wstyd. Będę chciała ją nadrobić a czy sprostam temu wyzwaniu to pokaże oczywiście czas. Czuwać nade mną będzie dobra dusza Addicted to crafts…

No dobrze, to teraz czas na krótkie usprawiedliwienie

To nie tak, że Ja nie chciałam pisać, albo, że nie miałam o czym…to bardziej brak mobilizacji w znajdowaniu czasu na pisanie. Ja nawet robiłam zdjęcia, które chciałam Wam pokazać, Ja nawet założyłam sobie notes na pomysły co do postów…ooo, tylko mój entuzjazm kończył się w chwili kiedy opadałam z sił i wtedy zamiast otworzyć laptopa po prostu kładłam się spać.

Senna kobieta…pomyślicie, o co chodzi. Zwyczajnie, bo tak całkiem planowanie na jaw wyszła wiadomość, że Nasza rodzinka się powiększy.


I od sierpnia zeszłego roku stałam się dwupakiem…wiadomo, na początku maleństwo jest tycienkie,  ale mój organizm zareagował wielką sennością i mdłościami. Córcia (ta moja mała crayzolka), która teraz ma już ponad 2 lata była i nadal jest mega energiczną istotą, no nie usiedzi ani chwili w jednym miejscu, w jednej pozycji - więc po całym dniu zabaw padałam zwyczajnie jak mucha. 


I spałam, spałam czasem też jadłam. Trwało to chyba z 4 miesiące. Później zrobiłam się trochę ociężała, niektórzy nawet osądzali mnie o bliźnięta, a w 6 i 7 miesiącu mówili, że chyba zaraz urodzę…

Lekko nie było, przy moim wzroście to w zasadzie każdy brzuch wyglądałby na duży.  W środku jak się później okazało, siedział sobie dosyć ruchliwy i duży osobnik.

Tak, Lea ma brata Iwa.


Dziś to maleństwo ma już prawie 5 miesięcy i jest tak ruchliwe jak jego siostra, lubi jeść jak jego siostra i nie lubi spać tak jak jego siostra. Za kim to mają to nie wiem?
Ja taka mała, spokojna no i bodaj w dzieciństwie byłam grzeczna…no a mąż, hmm, no może trochę po Nim, ale on raczej lubi długo spać…ostatnio stwierdziliśmy, że to chyba po Babciach (kochanych Babciach).
Przy tych dwóch ancymonach naprawdę trudno było mi się zebrać, jednak teraz spróbuję, bo bardzo chcę powrócić do blogowania. Brakuje mi go zwyczajnie.


Acha, żeby nie było, że tylko spałam przez ten rok…coś tam robiłam, trochę szyłam, trochę szydełkowałam, malowałam, piekłam, gotowałam,…czyli tak po normalności ale zdecydowanie mniej niż kiedyś, bo czas się skurczył, a wskazówki na zegarze przyspieszyły jakoś tak bardziej.
Z wydarzeń rodzinnych pochwalić się mogę tym, że 10 lat wytrzymałam ze swoim mężem.
Ale jakby doliczyć się bardziej szczegółowo to wyjdzie, że nawet 17 lat – ojej, Jaka Ja jestem dzielnaJ



Zapytacie a co kiciusiem? A no jest, ma się dobrze, choć na pewno nie jest tak dopieszczony jak kiedyś. Ma swój świat a jak potrzebuje czułości to sam się wbija na kanapę i chce pogłasek. Odkryliśmy, że lubi jeść: andruty, chrupki ryżowe i chrupki kukurydziane. Tymi ostatni można nawet fajnie się bawić. Ach i jeszcze lubi  jak czyta się książki (na głos)…tak, zawsze przy wieczornym usypianiu córci przychodzi, kładzie się obok i słucha.


Mój świat to moja rodzinka, no a nasze dni są teraz trochę zwariowane, 
czasem to w zasadzie Meksyk…szaleństwo. 
taki „crazy time”


(i żeby nie było, że nie ma mnie prawie na żadnym zdjęciu, o tu też jestem...)

O czym będzie teraz mój blog? Chyba o tym samym co dawniej. Bardzo się nie zmieniłam, po za wiekiem oczywiście (wczoraj stuknęło mi  18 lat!!!) no i wagą (niestety nad nią muszę popracować). 
Na pewno będzie też o tym jak spędzam czas z moimi milusińskimi, co Nas bawi, co Nas cieszy…wzrusza…nie zabraknie też muzyki i słodkości.


Właśnie, a propo muzyki. Tak, posiadanie dzieci zwalnia Nas czasem z bycia poważnym i wtedy też można znowu poszaleć, potańczyć, pośpiewać przy rytmach starych dziecięcych hitów. I nikt nie będzie się na Ciebie patrzył, bo przecież to dla pociech ta muzyka leci.
U Nas ostatnio króluje pewien hit Majki Jerzowskiej „Najpiękniejsza w klasie” 
z płyty „Marzenia się spełniają”. 
Polecam, zwłaszcza tym co lubią Kakao...



Zapraszam cieplutko

ooo, i wystartowałam dziś 1 września, czyli tak jak należy, po nauczycielskuJ

Pozdrawiam
Agea
(czyli Aga)


Copyright © 2016 Agea Happiness-Moje Pasje , Blogger